DLA DOBRZE USTAWIONYCH

Zasadniczo dansingi były bardzo drogie i dostępne tylko dla ludzi dobrze sytuowanych. Niekiedy jednak powstawały lokale przezna­czone dla osób posiadających znacznie mniejsze możliwości finanso­we. Tak np. w Warszawie na Nowym Świecie prosperowała piekar­nia tzw. turecka, pod firmą „Bosfor“, sprzedająca wschodnie pieczy­wa, w której mieściła się również maleńka kawiarenka. W godzinach popołudniowych i wieczornych w dużej piwnicy pod lokalem skle­powym czynny był dansing. Dwuosobowa orkiestra nie reprezento­wała zbyt wysokiego poziomu, ale ceny były tam niskie i z lokalu ko­rzystać mogła młodzież studencka, środowisko subiektów i sprzedaw­czyń sklepowych, no i naturalnie nie brak tam było różnego rodzaju elementów marginesu społecznego. Lokale typu dawnej „resursy” powoli traciły na znaczeniu. Natomiast w wielu miastach bardzo dobrze rozwijały się kluby o trochę innym charakterze, związane z organizacjami grupującymi inżynierów i tech­ników, urzędników, myśliwych itp. Przeważnie otwierane były one w godzinach południowych i czynne do późnego wieczoru. W loka­lach takich znajdowały się zwykle bufety, w których wydawano obiady i kolacje, a także dania na zamówienie. Częściowo miały one charak­ter kawiarni, gdzie przy filiżance kawy lub szklance herbaty można było pogawędzić ze znajomymi. Jedna z sal przeznaczona była zwykle dla grających w karty. Nie brakowało wreszcie i stołu bilardowego.

W NIEKTÓRYCH RESTAURACJACH

Dansingi odbywały się w niektórych tylko restauracjach lub kawiar­niach. Szczególnie liczne były one w miejscowościach uzdrowisko­wych lub wczasowych (np. w Zakopanem). Jednocześnie jednak w du­żych miastach powstawały specjalne lokale tzw. dansingowe. Zwykle otwierane były one w późnych godzinach popołudniowych i nasta­wione tylko na publiczność dansingową. W niektórych z nich przy wejściu wykupić należało dość drogi, jak na owe czasy, bilet kon­sumpcyjny. Ceny też tam były bardzo wysokie. W części z tych lokali w wieczornych godzinach specjalne stoliki zajmowały fordanserki, otrzymujące zwykle od właścicieli dodatkowy procent od rachunków, które płacili panowie zapraszający je do stolików. W interesie więc fordanserki leżało, aby ich współtowarzysz zamawiał jak najwięcej, i to jak najdroższych potraw czy też trunków. W nielicznych loka­lach zatrudniani bywali również fordanserzy, którzy za specjalną opła­tą prosili do tańca przybywające tam panie. W Warszawie w końcu lat trzydziestych, przed wybuchem drugiej wojny światowej, czynnych było kilkanaście lokali typu dansingo­wego. Opinię najelegantszego, a zarazem najdroższego lokalu miała „Adria* na ul. Jasnej, z kolei zaś „Cafe Club“ na rogu Alei Jerozo­limskich i Nowego Światu. Niektóre z lokali dansingowych obliczone były na publiczność żydowską. Nie brakowało również dansingów po­siadających specjalną opinię, do których uczęszczali tylko samotni panowie, aby zawrzeć znajomość z przesiadującymi tam paniami lekkiego prowadzenia.

CZAS NA DANSING

W czasach Drugiej Rzeczypospolitej powstał nowy rodzaj lokali tzw. dansingowych. Z pewnością nie była to żadna nowość, a rodowód tej instytucji można by wyprowadzić od dawnych karczem, w któ­rych odbywały się również zabawy taneczne. Ba, i w XIX czy też na początku XX w. w wielu restauracjach, szczególnie obliczonych na uboższą klientelę albo na środowisko „półświatka”, odbywały się tańce przy dźwiękach specjalnej orkiestry lub nawet tylko grającego do tańca pianisty. Jednak tzw. lepsze towarzystwo unikało tego typu lokali. Tymczasem w latach międzywojennych idąc za wzorami przy­chodzącymi z Zachodu popularyzowały się tzw. fajfy (od angielskie­go wyrażenia „five o’clock“), popołudniowe potańcówki w godzinach od 17 do 19 lub od 15 do 18, czy dansingi wieczorne, nieraz odbywa­jące się do samego rana. Do odpowiedniego lokalu dansingowego wy­padało chodzić nawet najwytworniejszym osobom. Naturalnie „panny z dobrych domów” mogły bywać tylko na „fajfach”, i to pod opieką kogoś z członków rodziny, mając przy stoliku odpowiednią męską asystę.

ROZPOWSZECHNIENIE LODZIARNI

Kawiarnię „Grand Hotelu” na ul. Piotrkowskiej uważało się w tym czasie w Łodzi za najelegantszą. Największe jednak transakcje han­dlowe tego przemysłowego miasta zawierane były w kawiarni Rosz­kowskiego na tejże ulicy.Bardzo szeroko rozpowszechniły się tzw. lodziarnie. Lokale takie, znajdujące najczęściej pomieszczenie w dość prowizorycznie posta­wionych pawilonach, czynne były zwykle przez okres kilku letnich miesięcy. Sprzedawano w nich przeważnie tylko lody i napoje chło­dzące. Goście siadali przy maleńkich stoliczkach na składanych krze­sełkach lub taboretach. Lokal miał zwykle charakter samoobsługowy i klienci nabywali lody lub napoje chłodzące przy bufecie. Niekiedy jednak lodziarnie, tzw. włoskie, o dość znamiennych nazwach w ro­dzaju „Gallateria Italiana”, zajmowały zupełnie porządne lokale, wyposażone w solidne i drogie meble, a lody i napoje chłodzące po­dawane były wówczas przez kelnerów. Zdarzało się też, że w miesią­cach zimowych lokal taki miał charakter kawiarni lub cukierni, a w miesiącach letnich lodziarni. Obok łodziami istniały nadal dość liczne lokale w stylu „słodka dziurka”, w których oprócz lodów i napojów chłodzących sprzeda­wano również ciastka i różnego rodzaju słodycze. Klientelę tego typu lokali nadal stanowiła głównie młodzież szkolna. Emigranci ze Wscho­du, przeważnie Ormianie, Azerbejdżanie lub Tatarzy, prowadzili spe­cjalne cukierenki „orientalne”, gdzie podawane były różnego typu smakołyki, znane tylko na Kaukazie lub w krajach azjatyckich.

WSTĘP ZA KOTARĘ

Do tej części za kotarą dostęp mieli tylko najbardziej znani artyści i uprzywilejowani ich najbliżsi przyjaciele. Dla początkującego też malarza prawo wstępu „za kotarę w Zodiaku” było oznaką wysokiego awansu artystycznego. Zarazem jednak dużą wziętością cieszyły się lokale mogące się wykazać długotrwałą tradycją, jak np. znana ka­wiarnia Bliklego na Nowym Świecie w Warszawie. W Krakowie za najelegantszą uchodziła kawiarnia „Grand Hotelu”. Później co prawda eleganckim urządzeniem prześcignęła ją kawiarnia „Fenix“. Kawiarnia „Esplanada“ na rogu Karmelickiej i Podwala słynęła z tego, że zbierali się w niej naukowcy, natomiast w kawiarni Górskiego przy ul. Karmelickiej aktorzy, malarze i dziennikarze. Sławna ongiś Kawiarnia Lwowska, tzw. Jama Michalikowa, była już w tym czasie miejscem spotkań U tylko początkujących artystów i studentów. Stateczni mieszczanie zbierali się w kawiarni Noworol- skiego w Sukiennicach lub cukierni „Maurizio” na Rynku. Z orygi­nalnego wyposażenia wnętrz słynęła Cukiernia Warszawska Piaskowwskiego i Hempla na Floriańskiej, w której urządzona była jakby skal­na grota z wymalowanym wodospadem i odpowiednimi efektami świetlnymi.

LUBIANE PRZEZ ARTYSTÓW

W Warszawie do ulubionych przez artystów kawiarni należała „Zie­miańska” na ul. Mazowieckiej. Z pewnością nie wyróżniała się ona ani rozmiarami lokalu, ani jego nowoczesną architekturą, ani nawet eleganckim urządzeniem. Mimo to lokal stanowiący własność cukier­nika Albrechta, pospolicie zwanego „królem Olbrachtem”, był miej­scem spotkań całego środowiska artystycznego i literackiego Warszawy. Jednocześnie przybywały tu tłumy snobów, którzy pragnęli chociaż wymienić kilka słów lub nawet uścisk dłoni ze znajomym pisarzem czy artystą, aby potem móc chwalić się znajomym swymi intelektu­alnymi kontaktami. Stałym gościem „Ziemiańskiej” bywał też znany w całym tym środowisku znakomity gawędziarz i facecjonista, przy­jaciel wielu pisarzy i artystów, Franciszek Fiszer. Kawiarnią, w której zbierało się środowisko naukowców, dziennika­rzy, a częściowo również i literatów Warszawy, był lokal Lourse’a mieszczący się w gmachu Hotelu Europejskiego od strony Krakow­skiego Przedmieścia. Środowisko aktorsko-reżyserskie spotykało się w kawiarni Semadeniego, zwanej pospolicie „Pod Filarami”, w gma­chu Teatru Wielkiego na placu Teatralnym. Natomiast malarze, rzeź­biarze oraz inni artyści również dość chętnie zbierali się w kawiarni „Zodiak”, której część oddzielona była specjalną ciężką kotarą.

KAWIARNIE I CUKIERNIE

Liczba kawiarni i cukierni bardzo szybko wzrastała nie tylko w wię­kszych miastach, ale nawet i w niektórych miasteczkach. W piętna- stotysięcznym Pułtusku w latach trzydziestych funkcjonowały dwie, a później nawet trzy kawiarnie. W Warszawie ich liczba dochodziła do kilkuset.Poziom kawiarni i cukierni był bardzo różny. Niekiedy były to ma­leńkie lokaliki, typowe kawiarnie dla zakochanych, gdzie w półmroku stało kilka maleńkich stolików. Kiedy indziej były to niewielkie po­mieszczenia z kilkoma zaledwie stolikami, obliczone głównie na sprze­daż ciastek „na wynos” oraz na smakoszy, na miejscu konsumujących różne smakołyki, z których to przedsiębiorstwo słynęło. Nie brakowało jednak dużych kawiarni, gdzie w wielkich i jasnych salach gromadziły się całe tłumy gości. Budowane były nawet specjalne budynki prze­znaczone na kawiarnie. Tak np. znany był w Warszawie przy ul. Polnej tzw. okrąglak, budynek kawiarni Lardellego, postawionej w dość nietypowym kształcie wielkiej rotundy.W dużych miastach istniały kawiarnie gromadzące specjalne środo­wiska. Tak więc były kawiarnie, w których schodziły się wytworne damy na przed- lub popołudniowe plotki; kawiarnie, w których zbie­rali się prawnicy, lekarze, kupcy, urzędnicy itp; inne spełniały w pew­nym stopniu rolę giełdy i w nich zawierane były transakcje handlo­we; jednocześnie nie brakło kawiarni takich, do których uczęszczała elita intelektualna, uczeni, literaci, artyści, aktorzy.

ZACIERAJĄCE SIĘ RÓŻNICE

Powoli zacierały się różnice, jakie istniały między kawiarniami a cu­kierniami. W niektórych miastach różnice te utrzymywały się nadal, w większości jednak zupełnie zanikły, a terminy kawiarnia i cukiernia stały się niemal synonimami. Dlatego też w tym okresie obydwie te kategorie lokali należy już rozpatrywać łącznie. Szeroko rozpowszechniło się wówczas życie kawiarniane. Olbrzymia większość tzw. pracującej inteligencji czy też sfer kapitalistycznych bardzo często spotykała się w kawiarniach. Przychodzono więc nie­kiedy codziennie do oznaczonej kawiarni lub cukierni, w której stale spotykano grono znajomych osób, aby się z nimi zobaczyć. Coraz to częściej załatwiano w nich różne interesy handlowe. W bardzo du­żym stopniu korzystała z nich młodzież. A wreszcie było to miejsce spotkań zakochanych par. Randka w kawiarni stała się czymś pow­szechnie przyjętym, na co pozwolić sobie mogła każda „przyzwoita panna. Jedynie rodziny o najbardziej konserwatywnym sposobie bycia odnosiły się do tego ze zgorszeniem i nie pozwalały dorosłym nawet córkom uczęszczać do tego typu lokali. A słowa nadzwyczaj popu­larnej rewiowej piosenki (co prawda nie oryginalnie polskiej, ale im­portowanej z zagranicy) „W maleńkiej cichej tej kawiarence pierwszy raz «kocham» szepnęłaś mi…“ doskonale oddawały te nowe funkcje, jakie poczęły spełniać owe lokale.

W ZAKŁADACH PRZEMYSŁOWYCH

Obiady takie były kalkulowane przeważnie po cenie kosztu albo nawet zakład do­płacał pewne, niewielkie zresztą sumy pieniędzy na opał i opłatę per­sonelu kuchennego. Przedstawiciele środowisk kapitalistycznych, za­chęcając poszczególnych fabrykantów do zakładania takich stołówek, zwracali uwagę na korzyści, jakie można wówczas odnieść z bardziej intensywnej pracy robotników. Przy pracach na świeżym powietrzu np. w kamieniołomach lub przy robotach drogowych, niekiedy da­wano robotnikom z kuchni polowego systemu jakieś ciepłe dania. Na ogół jednak, mimo poważnego wzrostu w porównaniu z okresem poprzednim, instytucja stołówek pracowniczych była jeszcze bardzo słaborozwinięta. W latach międzywojennych w wielu zakładach przemysłowych nie posiadających stołówek pracowniczych właściciele organizowali bu­fety, w których robotnicy mogli za stosunkowo niewysoką sumę na­być coś do zjedzenia lub napić się gorącej herbaty. Trzeźwo podcho­dząca do tych spraw opinia kapitalistyczna zalecała fabrykantom, aby bufety takie otoczyć pewną opieką i nie pozwolić ich dzierżaw­com w zbyt otwarty sposób zdzierać z konsumentów-robotników. Wielu jednak fabrykantom zależało na pieniądzach, które otrzymywali od dzierżawców bufetu, i przez palce patrzyli na wysokie ceny, jakie w nich były, oraz na bardzo niski stan higieniczny.

MLECZARNIE

Również w małym stopniu zwiększyła się liczba tzw. mleczarni. Lokale tego typu coraz to bardziej przybierały charakter jadłodajni, w których oprócz potraw mlecznych można było dostać również i inne, nawet mięsne. Jednocześnie zaś przeważnie likwidowana w nich była sprzedaż „na wynos“ mleka, masła, serów czy nawet pieczywa.Zagadnieniem bardzo słabo opracowanym jest sprawa funkcjonowa­nia w czasach Drugiej Rzeczypospolitej tzw. tanich kuchni. Nadal w pewnym stopniu były one prowadzone przez instytucje charyta­tywne. Niekiedy jednak utrzymywały je albo dofinansowywały samo­rządy poszczególnych miast, które chciały w ten sposób złagodzić ciężki los bezrobotnych. Uczęszczanie do nich stawało się jednak coraz to bardziej czymś upokarzającym. Dlatego też w mniejszym niż po­przednio stopniu korzystało z tych instytucji środowisko jako tako zarabiających robotników.Znacznie bardziej niż w poprzednim okresie zwiększyła się liczba różnego typu stołówek pracowniczych. W niektórych zakładach prze­mysłowych fabrykant w dobrze zrozumianym swym własnym inte­resie zakładał stołówkę dla pracowników, którzy otrzymywali gorące obiady, zwykle zresztą jednodaniowe, w trakcie pracy.